Nie śpiewam o miłości, lubię ptactwo. Patrick the Pan.

Image

Nie mam na imię Patryk.
Jestem Piotrkiem. Patrick The Pan.
Piszę. Gram. Śpiewam. Zwlekam. Jestem pocieszny. Ale.
Smutne piosenki. Nie o miłości. O miłości.
O zwierzętach. O ludziach.
O was.
Cześć.

„Pewnie będzie się z nim ciężko rozmawiało, w końcu szybko robi karierę. Mogło mu się już mocno poprzestawiać w głowie” myślałam, przygotowując się do spotkania z Patrickiem the Pan. Chociaż lepiej byłoby powiedzieć z Piotrem, bo pomimo dość dużego rozgłosu, ciągle jest bardziej Piotrem niż Patrickiem. Wszedł uśmiechnięty, lekko zdenerwowany ale zupełnie świadomy tego po co i dlaczego się z nami spotkał. Po tej rozmowie uświadomiłam sobie, że jednak nie ma sprawiedliwości na świecie. Bo jak to jest możliwe, że jedna osoba ma w sobie tyle talentu, że mogłaby nim obdzielić połowę dzisiejszego polskiego światka muzycznego?

Całkowite wyprodukowanie płyty, od A do Z, włącznie z tekstami, muzyką, aranżacją i marketingiem, samodzielnie w domu, jest nie lada wyzwaniem. A zrobienie tego tak, żeby zachwycało, poruszało, dawało do myślenia i było po prostu dobre, to już niemal rzecz niewykonalna. Piotrowi się udało. Jego dziecko- „Something of an End”, z którego  jest dumny, chociaż kokieteryjnie mówi, że już tej płyty nie lubi, zbiera same pozytywne recenzje, nie tylko w Polsce.

Wychodzi na pole, codziennie na śniadanie je obwarzanki i jak każdy rodowity Krakus jest cencikiem. Skąd się wziął Patrick the Pan?

Wyjaśnijmy od razu wszystkie wątpliwości dotyczące artystycznego pseudonimu Piotra.  Dlaczego nie występuje po prostu jako Piotr Madej? To nie jest schizofrenia i rozdwojenie jaźni.

To było tak, że kiedy byłem w liceum dawno, dawno temu, na osiedlu na którym mieszkaliśmy pojawiła się jakaś Ukraińska dziewczyna, studentka i ona zbierając na studia, sprzedawała takie małe, drewniane długopisy. Nie wiem, czy były rzeźbione ręcznie, ale malowane były ręcznie. Po jednej stronie był długopis, a po drugiej taka głowa pajacyka, z wystającym nosem. No i mój tata albo ja, ktoś z nas ten długopis kupił i ja zostałem jego właścicielem, wziąłem go do liceum i tak jakoś tak się nim zauroczyliśmy. Nazwaliśmy go Patryk, nie pamiętam już dlaczego, ale stał się Patrykiem. Kiedy w liceum zacząłem się bawić w nagrania do szuflady, bardzo amatorsko, uznałem, że moją nazwą będzie Patrick the Pen, czyli Patryk Długopis. Natomiast teraz, kiedy po paru latach wydałem płytę i nagrałem ją w domu, to nie wiem, czy już w skutek zmęczenia czy niedopatrzenia, wszędzie gdzie się logowałem już jako Patrick, to popełniłem błąd i zamiast Pen jako długopis, napisałem Pan jako patelnia. I stałem się Patrykiem Patelnią. Długopis mam do tej pory i zawsze będę go brał na koncerty, bo przynosi szczęście.

Chociaż długopis Patryk odegrał dużą rolę w życiu Piotra, to nie dzięki niemu zaczął on w ogóle myśleć o tworzeniu muzyki. Jak na każdą porządną, romantyczną  historię przystało, wszystko zaczęło się od nieodwzajemnionej miłości i odrobiny techniki.

Ten pierwszy impuls, który tchnął mnie do tego, żeby na gitarze zamiast coś odtwarzać, to stworzyć, to rzeczywiście było złamane serce. Uznałem, że wtedy na walentynki nagram tej dziewczynie coś swojego. No i zrobiłem to. Nagrałem to takim mikrofonem jak do Skype’a, co się nakłada na głowę i ma taki mikrofonik na antence. Nałożyłem ten mikrofon na gitarę akustyczną, zagiąłem go do środka, do pudła rezonansowego i tak nagrałem swoją pierwszą piosenkę, wtedy jeszcze instrumentalną, bez wokalu. Mam to nagranie do dzisiaj gdzieś na komputerze. Gdyby tamten związek w liceum potoczył się dobrze, to pewnie dzisiaj nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Dobrze mieć w życiu złamane serce, to popycha dalej.

Niestety, powszechnie wiadomo, że jedna piosenka płyty nie czyni. „Something of an end” jest troszeczkę dziełem „szczęśliwego” zbiegu okoliczności. W Internecie krążą pewne informacje o „zamknięciu w salonie na dwa miesiące” i „izolacji od ludzi”, które podkręcają atmosferę tajemniczości i romantyczności wokół płyty. Jak było naprawdę?

Historia jest taka, że ja wtedy straciłem pracę. Nie przeze mnie podkreślam. Po prostu nasz sklep zbankrutował, nie wypaliło. . Ale to nie tak, że straciłem pracę i co by tu w życiu zrobić teraz? A! Może siądę i nagram płytę. To szło regularnie, ja sobie pracowałem i myślałem o płycie. Już pod koniec liceum, kiedy zauważyłem, że to nagrywanie jakoś tam działa, to uznałem, że na pewno kiedyś będę chciał wszystkie moje pomysły nagrać. Ostatecznie co chwilę to odkładałem na „za chwilę”. Za raz się za to wezmę, jutro to zrobię, w środę mam wolne to w środę to zrobię. W środę okazuje się, że nie dam rady i tak mi minęło cztery, pięć lat życia na powtarzaniu sobie i obiecywaniu, że za chwilę się za to wezmę. Dlatego kiedy straciłem tą pracę w październiku zeszłego roku, uznałem, że może to jest właśnie ten moment, może to jest to, dar od losu, żeby teraz to zrobić. Miałem jakieś tam oszczędności, które pozwoliły mi przetrwać te dwa miesiące zeszłego roku, więc rzeczywiście zamknąłem się trochę w domu. Ale to nie było takie artystyczne, romantyczne zamknięcie, odcięcie się od społeczeństwa, życie o chlebie i wodzie i tak dalej. Normalnie funkcjonowałem i pokazywałem się ze znajomymi, tylko że każdą wolną chwilę poświęcałem nie na poszukiwanie pracy, lub na jakąś dorywczą pracę, tylko siadałem w salonie, bo tam było moje małe studio i nagrywałem. Przelewałem to wszystko na formę cyfrową i spłodziłem.

Efekt końcowy okazał się zaskakująco dobry. Mimo to, Piotr przyznaje, że jak każdy rodzic, jest  już trochę zmęczony swoim dzieckiem. Nie lubi tej płyty, a najbardziej nie lubi piosenki, która ma największy potencjał, żeby stać się hitem. Piosenki, do której niedawno powstał nawet teledysk.

„Bubbles” pierwotnie, miała nie trafić na tą płytę, bo uważałem, że jest zbyt popowa i za prosta. Ja bardzo lubię bawić się strukturami utworu i nie cierpię takiego klasycznego rozwiązania: zwrotka, refren, zwrotka, refren, super solo i refren i koniec. Ta piosenka nie ma takiej struktury, ale jak powiedziałem, jest dla mnie trochę za prosta, taka banalna i może to mi trochę nakazywało nie dawać jej na płytę, ale ostatecznie uznałem: a dobra, niech sobie będzie. Kiedy płyta już wyszła, to znaczy, kiedy pojawiła się w Internecie, wiele osób gdzieś w komentarzach, czy prywatnie informowało mnie, że: „Wow, ‘Bubbles’”; „Super płyta, ale ‘Bubbles’ jest najładniejsze, najpiękniejsze i najlepsze itd.”. Ta piosenka była najczęściej odtwarzana na youtube, najczęściej udostępniana, ja nie miałem na to żadnego wpływu. To jest taki samozwańczy singiel, więc uznałem, że trzeba iść za ciosem i jeśli już mamy robić teledysk, to właśnie do „Bubbles”. Chociaż ja bym osobiście wybrał całkowicie inną piosenkę.

Jak powstał teledysk

Na wewnętrznej stronie okładki „Something of an end” znajdziemy enigmatyczny tekst: „Smutne piosenki. O miłości. Nie o miłości. O zwierzętach. O ludziach”. Dlaczego nie o miłości, skoro to jest taki nośny temat?

Może to jest zawsze na topie, ale moje zasady moralne zakazują mi sięgać po temat miłości, no bo ile można. Uważam, że jest tyle fajnych rzeczy, o których można zaśpiewać piosenkę, a temat miłości jak gdyby już każdy przerabiał. Ja też pewnie będę tutaj trochę hipokrytą i na pewno jeszcze napiszę jakąś piosenkę o miłości, albo dwie albo nawet trzy. Ale moim celem jest wybierać jakieś bardziej ambitne tematy. To też nie jest tak, że ja wyszukuję sobie takie, których na pewno jeszcze nikt  na świecie nie poruszał. Mam piosenki o eksperymentach na zwierzętach, mam piosenki o pornografii, o alkoholu. To nie są wyjątkowo nowatorskie tematy, ale są lepsze niż to, czy mam złamane serce, czy  nie.

W logo, na okładce płyty, na zdjęciach Piotra, jakie można znaleźć w Internecie pojawia się kruk, który stał się, jako ptak, trochę znakiem rozpoznawczym Patrick the Pan. Wszystko to dlatego, że Piotr jest fascynatem ptactwa. Uważa, że ptactwo, jako stworzenia latające, ma coś w sobie i czasem zdarza mu się po prostu stać i obserwować wróble. Jak jedna z nielicznych osób naprawdę lubi krakowskie gołębie .

Lubię ptactwo

Kariera Piotra nabiera tempa. Teledysk obejrzało już ponad 10 tysięcy ludzi. Mimo to, nawet wszechwiedzące odmęty Internetu nie wiele mówią o samym artyście. Celowo unika on mówienia o swojej prywatności?

Przede wszystkim, to mi nie zależy na jakiejś popularności, nie chcę żeby ludzie mnie na ulicy rozpoznawali, bo to nie o to chodzi. Bardziej chcę promować swoją muzykę, niż swoją osobę. Akurat w środku płyty można mnie zobaczyć, tylko takiego bardzo rozmytego. W teledysku  świadomie się nie pojawiłem, aczkolwiek się pojawiłem, tylko ludzie o tym nie wiedzą. Ja tam jestem, można mnie tam zobaczyć. Taka komercyjna kariera nie jest dla mnie bo musiałbym zmienić swoją muzykę, a to nie wchodzi w grę. Nie widzę się w tych show biznesowych środowiskach. A takie środowiska zapewne nie widzą też mnie u siebie, więc to się chyba naturalnie wyklucza.

Patrick the Pan publicznie woli być Patrickiem niż Piotrem. W swoim mikroświecie, który stworzył w czterech kątach salonu jest sobie sterem i okrętem. Ale na scenie, przed publicznością nie tylko musi pozwolić obcym ludziom wejść do jego świata, ale także być bardziej Piotrem.

Rzeczywiście, trochę się bałem wpuszczenia kogoś do swoich czterech muzycznych kątó , ale póki co oni są tylko odtwórcami a nie twórcami. Nie mówię, że nie dopuszczę zespołu do nagrywania, to wyjdzie z czasem. Póki co koncentrujemy się na odtwarzaniu tej muzyki na żywo. Oczywiście i tak to nie jest wierne odtworzenie. Dużo rzeczy zostało dodanych, dużo rzeczy zostało ujętych, więc razem coś kombinujemy. To nie jest tak, ze ja tam dyryguję wszystkim, to jest praca masowa. Nie jest źle., ale nie jest tak strasznie jak myślałem, że będzie i jestem zadowolony.

Jak brzmi Patrick the Pan na koncertach? W najbliższym czasie można się wybrać na Green Zoo Festiwal, który odbywa się między 6 a 9 czerwca w krakowskich klubach. Albo posłuchać Patricka unplugged.

O czym, jeśli nie o karierze, może marzyć dwudziestoczterolatek, który właściwie spełnił swoje marzenia wydając płytę?

Jak chyba każdy taki niezależny artysta w Polsce fantazjuję o tym, żeby wystąpić na OFF Festival, bo to jest chyba to szczytowe osiągnięcie. Jak już się było na OFFie to można umierać. Mam takie małe marzenie, ale nie wiem, czy ono się kiedykolwiek spełni. Strasznie chciałbym zaśpiewać kiedyś u Smolika na płycie. To jest coś o czym bardzo dużo myślę i lubię sobie wyobrażać, że kiedyś taka współpraca by nastąpiła. Pan Andrzej Smolik jest moim też takim polskim mentorem muzycznym. Ale póki co to są marzenia. Chciałbym, żeby szczęście mnie nie opuszczało, bo to jest najszczęśliwszy okres w moim życiu.

Advertisements

Co nam w radiu gra

Co nam w radiu gra

Czasem zdarza się mi, we współpracy z Dawidem, trochę porozmawiać. O muzyce, o kozach, o wszytskim i głównie o niczym. Tak to brzmi;)

C’est un coup de foudre!

Image

Z miłością od pierwszego wejrzenia/ słyszenia różnie bywa. Albo trwa, albo umiera tak nagle, jak się pojawiła. Zawsze jednak jest zniewalająca, brtualna w swojej intensywności i całkowicie odbiera władze rozumowi, przekazując ją sercu. Człowiek (stereotypowo) nie je, nie śpi a w jego brzuchu goszczą nieproszone owady.

Po francusku brzmi uroczo (jak wszystko po francusku)- coup de foudre. Właśnie takie coś przytrafiło mi się wczoraj, zupełnie przypadkiem. Absolutnie nie chodzi o to, że Matt Corby jest strasznie przystojny, nie chodzi nawet o to, że jest kolejnym “za zdolnym gówniarzem”. Nie chodzi o to, że jest tylko rok starszy ode mnie, a ma do powiedzenia tak wiele, podczas kiedy ja zajadam się kolejną Milką.

To jest miłość muzyczna. To jest zakochanie w barwie głosu, w aranżacjach utworów, w tekstach. O drżenie nóg przyprawia mnie pianino w “Made of Stone”. Ktoś powie, zgrany motyw, wszyscy to robią. Zgadzam się, ale nie wszędzie takie pianino nie brzmi tandetnie i banalnie, a tutaj tak jest. Motylki w brzuchu fruwają, kiedy słyszę “Big eyes”, a paliptacja serca pojawia się przy utworze “Brother”.

Matt pokazuje, że można być “wychowankiem” Idola i robić coś, co potrafi poruszyć tysiące ludzi, będąc przy okazji do bólu uroczym profesjonalistą.

Tagged ,

Nieznajomy

ImageImage

Utarło się już kilka schematów tego jak zrobić/ nie zrobić karierę/y po wygraniu/ uczestniczeniu w talent show. Są Alicje Janosz, które nagrywają piosenkę o jajecznicy i chociaż po wielu latach wracają z ambitniejszymi propozycjami, to cały czas ciągnie się za nimi zapach smażonych jajek. Są Szymony Wydry, którzy zakładają zespół, kilka lat nagrywają lepsze i gorsze piosenki, istnieją w ogólnie pojętym show bizzie i bez spektakularnych sukcesów znikają. Są też Moniki Brodki, które początkowo wstępują na najgorszą z możliwych drogę, aby w porę zorientować się, że trzeba zjechać z autostrady i podążać bardziej dziurawą krajówką, aby dotrzeć do upragnionego celu. Są wreszcie Eneje, które spektakularnie i z przytupem wdzierają się na scenę i do polaczkowych serc, żeby trochę potupać (najlepiej w tym samym rytmie) i odejść w zapomnienie.

Za każdym razem, kiedy jakaś edycja talent show dobiega końca zastanawiam się, co się stanie z “artystą”, który wygrywa. Dla niektóych jest za wcześnie na jakąkolwiek karierę, inni nie mają nic do powiedzenia, poza powtarzaniem tego, co ktoś dla nich napisze, jeszcze inni, chcąc szybko zaistnieć, gubią się na krętych ścieżkach “kariery”. Kiedy ten gówniarz, bo tak można powiedzieć o człowieku, który dopiero co zdał maturę, wygrał X-Faktora pomyślałam, że to najgorsze co mogło mu się przytrafić. Dlaczego? Widziałam tą bandę pseudo- menagerów, mówiących mu co ma śpiewać, jak brzmieć, jak wyglądać, co jeść itd. Bałam się, że jego nieprzeciętna wrażliwość, ogromna świadomość muzyczna i, paradoksalnie, dojrzałość zostaną zjedzone przez szołbiz. Byłam prawie pewna, że wybierze któryś ze schematów i zaproponuje nam jakieś tanie i chwytliwe melodyjki, zasypie internety informacjami o swoim życiu i będą do niego wzdychać tylko czternastolatki.

On jednak odczekał, nie pchał się od razu na scenę wykonując popiszczowe byle co. Podejrzewam, że łatwo nie było, bo efekt finalny jest zaskakująco dobry i nieprzyzwoicie niepasujący do tego, co dzisiaj masowa publiczność uważa za atrakcyjne. “Comfort i Happiness” Dawida Podsiadło na pewno stanie się jedną z moich ulubionych płyt najbliższych kilku miesięcy. Nie tylko ze względu na “nieczysty” i “leniwy” wokal, który uwielbiam, nie tylko ze wzlędu na to, że nie takiej płyty się spodziewałam, ale głównie dlatego, że jest tam po prostu czego posłuchać. Ciekawe aranżacje, “nowatorska” budowa utworów, pozostawiająca niedosyt i przede wszystkim nieoczywiste teksty, które każdy może interpretować na swój własny sposób.

Mam wrażenie, że jestem nieznajomym, zaproszonym do świata Dawida Podsiadło, który jest momentami dziwny, innym razem przerażający a za chwilę niepokojąco depresyjny. Mimo to, nie chcę z tego swiata wychodzić. Może to tylko efekt zaskoczenia? Jeszcze nie wiem, ale ciesze się, że wygrał ten program i będzie mógł muzycznie wyciągać czternastolatki z otchłani beznadziejnych popowych pioseneczek, w której siedzą;)

Tagged

Rule numer one

Image

O nowej płycie Daft Punk głośno było jeszcze zanim “Get Lucky” zdobyło szturmem serca słuchaczy. Jak słuchać tej płyty, żeby ją właściwie zrozumieć?

1. Jeżeli myślałeś, że usiądziesz wygodnie w fotelu i poprostu posłuchasz muzyki to natychmiast zmień podejście, albo płytę, której chcesz słuchać. Daft Pank bowiem zaserwował nam muzykę towarzyszącą- idelaną na przykład przy domowych porządkach wymagających rytmiczności ruchów. Sprzątając przy słuchaniu nie tylko się nie znudzisz, a dodatkowo będziesz mieć idealnie czysty dom.

2. Jeśli spodziewałeś się 12 piosenek o hitowym potencjale porównywalnym z “Get Lucky” to również zalecam zmianę myślenia albo płyty. Poza wspomnianym singlem potencjał hitowy jest raczej znikomy.

3. Jeżeli jesteś fanem starego Daft Punka i myślisz, że zmiana, którą muzycy proponują może być tylko i wyłącznie ewolucją, uważaj, możesz się rozczarować. Wiadomo bowiem nie od dziś, że mniej znaczy więcej, co za dużo to nie zdrowo i generalnie nie powinno się przerastać formą ponad treść.

4. I wreszcie, jeżeli w pewnym momencie poczujesz się znudzony i zgubiony jak na tureckim kazaniu, nie krępuj się, zmień płytę.

Tagged

Gdy aktor zaczyna śpiewać…

Image

W znaczącej większości przypadków śpiewający aktor nie oznacza niczego dobrego. Wiadomo, aktor powinien przede wszystkim grać, a muzykę zostawić ludziom o wrażliwości odpowiedniej do wykonywania tej sztuki. Ludzki brak samokrytyki zbyt często powoduje, że “wielofunkcyjnych” aktorów i aktorek na scenie muzycznej pojawia się więcej i więcej. Czy aktor powinien bawić się w muzykę? Jeśli nazywa się Hugh Laurie to zdecydownie tak! Z dużą dozą ostrożności podeszłam do “Didn’t it rain”, zwłaszcza, że nie słyszłam debiutanckiej płyty. Bałam się, że jedynym zdaniem, z jakim będę w stanie się zgodzić po przesłuchaniu tej płyty będzie: “Send me to the ‘Lectric chair”. Na szczęście bardziej nie mogłam się mylić.

Laurie udowadnia, że ma do zaoferowania nieskończenie więcej niż postać Doktora House’a. Fani dobrych blusowych brzmień, którym brakowało odświeżenia pewnych numerów, znajdą na tej płycie utwory W.C. Handy, Morton’a i Little Brother Montgomery. Wszystko podane w niesamowicie smacznej oprawie muzycznej, ze znakomicie “staro” brzmiącym pianinem i towarzyszącym mu saksofonem, w klasycznych aranżacjach. Śmiało można zamknąć oczy i przenieść się do lat pięćdziesiątych, do pachnącej cygarami knajpy, w samym środku Nowego Orleanu.

Nie tylko instrumentalna warstwa brzmi genialnie. Najbardziej zaskakujący jest sam Laurie. Z charakterystyczną, dość sporą dawką poczucia humoru, słyszalną na przykład we wspomnianym juz “Send me to the ‘Lectric chair” czy “The Weed Smoker’s Dream”, delikatnie zmienia barwę głosu w zależności od nastroju piosenki, sprawiając wrażenie, że wokalistów jest co najmniej kilku. Wokalnie świetne są też wokalistki wspomagające aktora- Gaby Moreno i Jean McClain.

Warsztat aktora w tym przypadku absolutnie nie przeszkadza, nie wprowadza zamieszania i przerostu formy nad treścią. Za to wprowadza poczucie, że Laurie ma ogromną świadomość tego o czym śpiewa i do kogo to robi. A przez to odbiorca może się poczuć jak na prywatnym, kameralnym koncercie, gdzieś w zadymionym Nowym Orleanie…

Tagged , ,

Covers covers, what is wrong with you?

Image

Generalnie mam problem z coverami. Nie umiem do nich podchodzić “na świeżo”. Zawsze z tyłu głowy włącza mi się wersja oryginalna i wtedy prawie każdy cover brzmi niestety jak nieudana imitacja. Ale istnieje kilka wykonań, które powalają, z wielu różnych powodów.

Cover może z beznadziejnej piosenki zrobić małe arcydzieło, a już z pewnością coś, czego miło się słucha:

Może też udowodnić, że wykonawca dysponuje o wiele lepszym warsztatem muzycznym, niż mogłoby się wydawać:

Albo obalić teorię, że pewnych utworów nie powinno się coverować (którą mocno potwierdzają uczestnicy jednego z komercyjnych talentshow)

Może też poprostu powalać i wzruszać prostotą i pięknem wykonania

Są też covery, które wrzucają w “czerstwe” (lubię to słowo) piosenki nowe życie

Albo nadają utworowi zupełnie nowe znaczenie, zabierając słowa

I takie, które zwyczajnie są ładne

Mimo to, zawsze lepsze jest świeże danie niż takie odgrzewane, nawet jeśli jest profesjonalnie przyprawione.

Tagged , ,

Oh Bourges…

Image

Jak się wraca do rzeczywistości po tygodniu skrajnych muzycznych doświadczeń? Nie mam pojęcia, ciągle w kółko przeżywam festiwal w Bourges. Widziałam miliard świetnych koncertów: Woodkid, Public Enemy, Okay Monday, Sing Sing My Darling, Jamie Cullum i wielu wielu innych. Atmosfera była magiczna, tłumy ludzi, cudowna pogoda, całonocne granie na offach w klubach. Zupałnie inny świat.

Jeden koncert rozłożył mnie na łopatki niemal całkowicie. WIedziałam, że muzycznie będzie dobrze a nawet bardzo dobrze, ale koncert MIKI to było perfekcyjnie wyreżyserowane show, od pierwszej do ostatniej nuty. Chociaż wszystko było idealnie zaplanowane, to sam MIKA zachowywał się tak naturalnie, że nie dało się dostrzec scenariusza. Wokół mnie padały stwierdzenia, że jest kolejnym Freddiem M. Aż tak daleko bym się nie posunęła, bo poza jego (bez wątpienia) świetnym głosem całości dopełniał perfekcyjny band i wokaliści w chórkach, którzy byli na równie wysokim poziomie kunsztu wokalnego co sam MIKA. Wokalista pojawiał się i znikał, dyrygował bandem, światłami i publiką jak tylko chciał, wskakiwał na fortepian, posypywał muzyków złotym konfetti i dyskutował z publicznością.  Równie dobrze sprawdzał się w energetycznych kawałkach jak i balladach, które doprowadzały dziewczyny do  łez. Dwie godziny pobytu w świecie show na światowym poziomie.

Osobiście zabrakło mi tylko “Happy Ending”, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Tagged , , , ,

By accident

Image

Najlepsze rzeczy w  życiu trafiają się wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. Tak samo znajduje się dobrą muzykę. Trafiłam na ten występ zupełnie przypadkiem, śledząc poczyniania Justina T. na tegorocznej gali Brit Awards.

Dawno już nikt nie sprawił, że moje emocje przy utworze drgały jak struny gitary, na której artysta akurat gra. Absolutnie  mnie ten występ zachwycił. Wiem, że sprawa jest już delikatnie mówiąc nie aktualna, ale uważam, że zdecydowanie należała mu się nagroda za najlepszy debiut.

Panie i Panowie, Ben Howard!

http://youtu.be/n-OHmHzDymw

Tagged , , ,

Round and around

Image

Są takie dni w życiu, że nie ma się ani siły ani czasu na szukanie rewolucyjnych nowości muzycznych. Wtedy właśnie sprawdzają się relaksujące playlisty z muzyką, która wycisza,  i jednocześnie dodaje energii do dalszego działania. Moja ratunkowa playlista ciągle się poszerza, ale w ostatnich dniach męczę domowników głównie tym:

w kółko