Monthly Archives: March 2013

Guilty as hell!

images images (1) images (2) tumblr_lnu6mxT3ed1qdgghmo1_500

Dwa ostatnie odcinki Glee wywołały rewolucję w moim muzyczno- odsłuchowym życiu. Ciężko mi się teraz do tego przyznać, ale każdy kiedyś był młody. Nawet bardzo młody;) A wtedy słucha się boysbandów i chce być jak dziewczyna z girlsbandu. Nie jest to aż tak wstydliwe, jak to, że z pewnych nawyków się nie wyrasta. Chociaż chciałoby się o nich zapomnieć, to wysakują w najmniej odpowiednich momentach. To jak z jedzeniem zbyt dużej ilości słodyczy. Za każdym razem mówisz sobie, że już więcej tego nie zrobisz, a później przychodzi chwila słabości.

Tak właśnie jest w moim przypadku z NSYNC i Spice Girls. Nie oszukujmy się, każdy ich zna, każdy coś słyszał. Ogromną fanatyczką nie jestem, ale kiedy jest mi smutno, włączam  sobie NSYNC i jest mi bardziej smutno;) Takie to ckliwe i rzewne.

Z drugiej jednak strony, kto wie gdzie byłby dzisiaj genialny Justin T. gdyby nie NSYNC? Może w One Direction czy innym US5 (oni jeszcze istnieją?) też czają się jakieś ukryte talenty?

Moja znajomość ze Spice Girls to długa historia. Jako mała dziewczynka chciałam być Emmą, bo była taka śliczna i różowa. Stałam przed lustrem i udawałam, że też mogę tak tańczyć i występować. Jak każda mała dziewczynka w połowie lat 90 miałam karteczki ze SG, naklejki na lodówki i zjadałam dziesiątki lizaków, w których były magnesy. Miałam nawet T-shirt! Do Wannabe do dzisiaj cudownie się bawie na imprezach. Co z tego, że żadna z nich tak na prawdę nie umiała śpiewać a ich kariery solowe upadły szybciej niż się zaczęły?

Jest jeszcze zespół, który był absolutną miłością mojego młodzieńczego życia i dzięki któremu nauczyłam się grać na klawiszach i gitarze, przy okazji poznając angielski (chciałam zostać żoną Paddy’ego). 99% społeczeństwa uważa ich za największy obciach ever, ale to nie zmienia faktu, że w 1997 roku katowicki Spodek był pełny na ich koncercie. Jasne, muzycznie poziom jest zerowy, ale stała za nimi jakaś historia i chociaż teksty są na poziomie kilkulatka z zapałem poetyckim, to do dzisiaj mnie wzruszają i z przyjemnością do nich wracam. Tak, lubię słuchać Kelly Family.

Na szczęście w moim muzycznym dzieciństwie jest jedno odkrycie, z którego jestem bardzo dumna. Nie pamiętam jakim cudem na nich wpadłam, ale Singles going steady była jedną z moich pierwszych płyt i dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w moim sercu i na mojej półce;) Znacie The Buzzcocks?

Tagged , ,

Co za dużo, co za szybko…

ImageImage

Zastanawiam się właśnie, jakie kryteria powinno się przyjmować przy wyborze koncertów? W sytuacji, w której wybór rzeczy, których się nigdy nie widziało jest ogromny i bardzo chciałoby się zobaczyć absolutnie wszystko- jak wybrać. Myślę nad tym od soboty i nie wiem jak zdecydować.

Jasne, mogłabym posłuchać wszystkiego przed i wtedy wybrać, ale sama sobie zepsuję wtedy zabawę pozbawiając się elementu niespodziewanki. Jak żyć Panie Premierze, jak żyć?

Moje dylematy wiążą się z festiwalem Le Printemps de Bourges, w którym będę miała okazję uczestniczyć już w kwietniu. Może do tego czasu wymyślę jak opanować bilokację?

http://www.printemps-bourges.com/

Czasu zostało nie wiele, a czas tak mega szybko gna. Jeszcze kilka lat temu My Chemical Romance był jednym z moich ulubionych zespołów, a teraz mają się rozpaść i zniknąć. Nie będę się bawiła w jakiekolwiek ocenianie ich muzyki, bo wiąże się z nią zbyt wiele wspomnień z mojego gimnazjalnego jeszcze okresu życia. Anyway, fajnie, że byli.

Wiele szumu o?

Image

Do wielkich powrotów po latach zawsze podchodzę z dużym dystansem, dlatego nie oczekiwałam najnowszej płyty Bowiego jakoś szczególnie. Prawdę mówiąc nie jestem też jego wielką fanką. W stosunku do “The Next Day” nie miałam żadnych oczekiwań, nie mogę więc mówić o rozczarowaniu (w żadnym tego słowa znaczeniu). 

Nie zachwycił mnie ten album i musiałam użyć dużo silnej woli, aby przesłuchać go w całości. Zapewne dla wielu fanów będzie on miał jakąś szczególną aurę, niepowtarzalny klimat. W moim odczuciu jest zwyczajnie nudny i wokalnie pozbawiony energii. Nie można jej jednak odmówić warstwie instrumentalnej, gdyż w niektórych momentach warto podkręcić głośniki, ale nie dla wspaniałego głosu Bowiego. 

Intrygowały mnie tytuły “How does the grass grow”, “Dirty Boys”, “I’d rather be high” czy “Set the world on fire”, ale na fajnym tytule się kończy. W moich uszach Bowie brzmi jak zmęczony życiem człowiek, który lata świetności ma już dawno za sobą, ale nie potrafi się z tym pogodzić i walczy o ostatnie drgnienia kariery. Ciężko mi się tego słucha, bo wzbudza we mnie jakiś dziwny rodzaj współczucia dla człowieka, który z nieznanych mi powodów musi robić coś, czego chyba wcale nie chce. 

Chciałabym napisać coś pozytywnego, bo tak może wypada, ale nie potrafię. Może czasem lepiej jest dla niektórych artystów zniknąć w odpowiednim momencie i zostawić swoim fanom niedosyt zamiast na siłę karmić ich przeżutą papką?

Let’s unwrite these pages!

Image

Naszła mnie dzisiaj ochota, aby po raz chyba już dziesiąty spróbować przesłuchać pewną płytę, którą dostałam kilka lat temu. Zawsze było mi z nią jakoś nie po drodze, aż do dzisiaj, kiedy po raz pierwszy poleciała w moich głosnikach cała, calusieńka. Appeal to Reason  Rise Against nie powinna tak długo czekać na swoją szansę, gdyż lubię brzmienie tego zespołu. Ale.. Najważniejsze, że już nie patrzy na mnie z wyrzutem.

Nie można odmówić Timowi McIlrath’owi ogromnej charyzmy w wokalu i ambitnych tekstów z treścią, ale często mam wrażenie, że to, co istotne w ich muzyce, gubi się w natłoku gitar i perkusji, tworząc ścianę dźwięku, przez którą teść się nie przedostaje. A to sprawia, że nie wyróżniają się za bardzo na tle tysiąca innych amerykańskich zespołów, grających taką muzykę. Inaczej jest chociażby w utworze ze wspomnianej płyty zatytułowanym Hero of War, który wzbudza we mnie tak ogromne może emocji, że nie jestem w stanie nad nimi panować. To nie jest tekst tylko o wojnie, dla mnie to raczej kawałek o tym, jak nisko może upaść człowiek i jak ciężko jest sobie poradzić ze swoimi czynami, kiedy stoją one w całkowitej opozycji do wartości, jakie całe życie się wyznawało. McIlrath śpiewa też o tym jak fałszywy jest świat i jak niejednokrotnie ludzie wydają opinie nic nie wiedząc na dany temat, w efekcie wpędzając swoich “bohaterów” w tak głęboką walkę wewnętrzną, że ciężko im się z niej wydostać. Nie chodzi tylko o woję w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo dla wielu taką wojną jest każdy kolejny dzień.

Powiało patosem. Płyta mnie osobiście nie powala, ale warto ją mieć właśnie dla Hero of war. A samo Rise Against zawszę będę lubić za Swing life away. 

“I’ll show you mine if you show me yours too

Let’s compare scars I’ll tell you whose is worse

Let’s unwrite these pages and replace them with our own words!”

I wanna make it with…

Image

S. Nadel, zastanawiając się skąd się wzięła muzyka, doszedł do pewnego wniosku, który początkowo wydawał mi się mocno absurdalny. Jednak po głębszym przemyśleniu sprawy,  muszę mu przyznać rację. Otóż badacz ten wskazał tak zwane biologiczne korzenie muzyki, pisząc, że: muzyka powstała jako rodzaj ekspresji uwarunkowanej doborem płciowym. Bierze początek w imitacji różnych głosów przyrody i w swych początkach ma być wabikiem na kobiety, a człowiek pod wpływem podniecenia seksualnego miał się stawać artystą

Mężczyznom można wiele wybaczyć, w końcu mają takie trudne życie. Można im wybaczyć, że używają pięknych słów, aby nas zwabić, wciskając nam dokładnie to, co chcemy usłyszeć, aby nas zmiękczyć. Można im też wybaczyć, że mówią coś innego a robią zupełnie inne rzeczy, że obiecują i z tych obietnic nie potrafią się wywiązać. Można im wreszcie wybaczyć, że najzywczajniej w świecie nas, kobiety, oszukują. Bo jak im tego nie wybaczyć, kiedy robią to w tak niesamowicie seksowny i sensualny sposób jak Josh Homme, wokalista Queens of the Stone Age, w kawałku “Make It with Chu”. Nie oszukujmy się, która kobieta nie chciałaby, żeby facet coś takiego jej zaśpiewał. Coś takiego właśnie w taki sposób. Piosenka harmonicznie i brzmieniowo nie jest wybitnie skomplikowana, dlatego łatwiej można się skupić na tekście i na wokalu. O czym mówi tekst? Niby nie wprost, ale absolutnie każdy wie o co chodzi. A co do wokalu, to ja generalnie mam słabość do śpiewania “tak, jakby się nie chciało”, czyli  bez zbytniego patosu i wywalania na zwenątrz całego wachlarza swoich emocji, za pomocą absolutnie całej skali swojego głosu. Homme śpiewa niesamowicie delikatnie i zmysłowo, co tylko dodaje temu kawałkowi erotycznego wydźwięku. Co to wszystko ma wspólnego z tezą S. Nadel’a? A właśnie dużo. Muzyka ma być wbikiem na kobiety- absolutnie prawda, w końcu od wieków ciągnie nas do muzyków. Interpretację drugiej części tej tezy pozostawiam każdemu, do samodzielnego przemyślenia:)

Jedno jest pewne, gdyby jakiś mężczyzna zaśpiewał mi “I wanna make it, I wanna make it with Chu” w taki sposób jak Homme, nawet w połowie taki, to chyba bym się nie wachała:D

A w tym roku QOTSA zagrają w Polsce, oczywiście na Openerze!:)

Kiss the rain

Image

Z muzyką instrumentalną jest pewnien problem. Trzeba mieć trochę więcej wyczucia i wrażliwości, żeby umieć jej słuchać. Dźwięki nie mówią tak jasno i czytelnie jak słowa. To jakby inny język, z wieloma dialektami i różną intonacją, w zależności od instrumentu i tonacji. Łatwo się zrazić do muzyki instrumentalnej, gdyż nie jest ona tak chwytliwa jak, nazwijmy ją, “wokalna”. Jeżeli chodzi o moje doświadczenia z tego typu brzmieniami to przebyłam dłuuugą drogę. Kiedy jako kilkuletnia dziewczynka pierwszy raz dostałam do ręki nuty, byłam najpierw przerażona, później zaciekawiona. Kiedy już się oswoiłam z tą nowością, zaczęłam ją traktować jak wyzwanie. Usiłowałam przerabiać klasykę bardziej pod swój gust, co nie podobało się konserwatywnym nauczycielom ze szkoły muzycznej. Szkoły nie skończyłam, a na muzykę klasyczną długo nie mogłam patrzeć, nie mówiąc już o słuchaniu.

Nigdy jednak nie zmieniłam zdania co do tego, jaki instrument jest mi najbliższy. Każdy ma w sobie coś niezwykłego i oddany w dobre ręce muzyka, może tworzyć jakiś klimat a nawet urzekać. W moim odczuciu nic jednak nie przemawia tak pięknie jak fortepian. Wprawny pianista potrafi wydobyć z niego tak ogromną ilość barw, napięcia, radości, łez i wszystkich innych emocji, że nie sposób przejść obok tych dźwięków obojętnie.

Każdemu, kto chciałby zacząć swoją przygodę z muzyką instrumentalną (w tym wypadku z czystym dźwiękiem fortepianu/ pianina) polecam koreańśkiego kompozytora i pianistę- Yirumę. Jego muzyka uspokaja i poprawia nastrój, przypominając, że świat nie zawsze jest zły, szary i brzydki. Wystarczy zamknąć oczy i od razu wszystko wydaje się przyjemniejsze. Jest tylko jeden haczyk. Yirumy nie można słuchać w pośpiechu, pośród innych spraw, przypadkiem. To jest muzyka nad którą trzeba się pochylić, wziąć głeboki oddech i w pełni się jej oddać. W przeciwnym razie wyda się ona Wam nudna i bezsensowna.

Na zachętę trzy z kilkunastu moich ulubionych utworów. (Tak, “The River Flows in You” było wykorzystane w soundtracku “Zmierzchu”, ale Debussy też tam był:))

Pocieszające jest to, że Korea Południowa “wydała” nie tylko PSY…

Will we be jolly friends?

Image

Od połowy marca można wymagać odrobiny chociaż słońca. Jak widać za oknami, polska pogoda postanowiła nie być komformistką i wbrew wszystkim kurczowo trzyma się brzydkiej i szarej zimy. Cóż zrobić? Można pojechać gdzieś daleko, gdzie jest pięknie, jasno i ciepło, albo… ratować się pozytywnymi kawałkami.

Znacie Katie Herzing? Ja też do niedawna nie znałam. Ale od dnia, w którym przypadkowo się spotkałyśmy, “Forevermore” z wydanej w 2008 roku płyty “Apple Tree” jest moim nadwornym poprawiaczem humoru i motywaczem (nie jestem pewna, czy jest takie słowo) do wstania z łóżka. Może Wam też pomoże zabrać się dzisiaj do życia?

Katie nie nakręciła teledysku, ale ta animacja jest kapitalna!

Zupełnie na marginesie dodam, że cała wspomniana płyta jest warta przesłuchania. Spróbujcie, na pewno Was zaskoczy;) A jak już się Wam spodoba, odsyłam do fajnego dość wywiadu z Katie:

http://www.muumuse.com/2011/09/interview-with-katie-herzig.html/

Do You listen to Blur or Oasis?

Image

Kiedy 17 lat temu żaden z moich rówieśników nie był jeszcze świadomym słuchaczem, Wielką Brytanią wstrząsnęła wojna. Jej efekty są moim zdaniem jednymi z ostatnich wielkich produktów muzyki brytyjskiej. Nie jest tajemnicą, że z tamtejszym rynkiem  w ostatnich latach jest słabo, a brit pop, z którego Brytyjczycy mogli być dumni pomału odchodzi w zapomnienie. Mowa oczywiście o Wielkiej Wojnie Britpopowej (Battle of Britpop) z 1995 roku, rozgrywanej pomiędzy Oasis i Blur.

Sam britpop wywodzi się z tzw. sceny niezależnej początku lat 90. Miał być odpowiedzią z Wysp na rozwój grunge’u w USA. Brzmieniowo przeważało gitarowe, lekko popowe brzmienie, nawiązujące do stylistyki m.in. The Beatels. Szczyt popularności przeżywał właśnie w latach 90, a obecnie trochę się o nim zapomina. Szczególnie, kiedy główni przedstawiciele zamiast dalej tworzyć świetną muzykę, toczą jakąś podjazdowo- rodzinną wojnę. Chodzi oczywiście o Oasis i braci Gallagher, których wewnętrzne animozje zdecydowanie rozwalają spuściznę, jaką po sobie zostawili. Ale to jest temat na dłuższą debatę.

W 1995 roku pytanie „Słuchasz Blur czy Oasis?” znaczyło tyle, co dla kibica piłkarskiego „Jesteś za Wisłą czy Cracovią?”. Jedni fani nie znosili drugich, a to po której stronie się opowiedziałeś, definiowało jakim człowiekiem jesteś. Oba zespoły zaczynały w podobnym czasie i w podobny sposób, a liderzy darzyli się całkiem ciepłymi uczuciami. Jednak gdy w grę weszły pieniądze i popularność zrobiło się nie przyjemnie. Zdrowa rywalizacja jest potrzebna i może być siłą napędową do tworzenia. Jednak to co się działo pomiędzy Blur i Oasis mocno wymknęło się z pod kontroli.

Grupy na przemian zajmowały pierwsze miejsce w brytyjskich rankingach, sprzedawały podobną ilość płyt i miały równie liczne rzesze oddanych fanów. Zazdrość i rywalizacja były tak duże, że pewnego dnia Noel Gallagher powiedział “I hate that Alex and Damon. I hope they catch Aids and die.” Szybko się z tych słów wycofał, ale niesmak pozostał. Rozejm nastał jeszcze w latach 90, kiedy obie strony doszły do wniosku, że tak na prawdę nic przeciwko sobie nie mają, a nawet szanują swoją twórczość. Potwierdzili to oficjalnie w ubiegłym roku na gali Brit Awards, kiedy to Noel i Damon pozowali przytuleni do zdjęć, a Damon nawet złożył gratulacje na ręce rywala (Noel został na tej gali uhonorowany).

Jak o całym zamieszaniu myśleli główni zainteresowani mówią słowa Damona:

“We couldn’t be more different. To call us both part of a movement was laughable really. Blur and Oasis were stapled together at the head which wasn’t healthy for either of us. Every country plays out their national story through music and it became open season for people to wax lyrical about the British condition, using us and Oasis as a metaphor for it. In England, it seemed to be about the class struggle. We were deemed to be middle-class southerners, even though in Graham’s case that’s far from the truth, and Oasis were working-class northerners.”

Co ta wojna tak na prawdę zmieniła? Może nie zmieniła wiele, ale wypromowała godziny świetnej muzyki, bez której ja dzisiaj nie wyobrażam sobie swojego odtwarzacza. Jeżeli takie mają być efekty, to muzycznych wojen może być więcej!

Łapcie moje dwa ulubione kawałki:

“When You find me”

Łzawe utwory dzielą się na te kiczowate i te pięknie łzawe. Być może wszystko zależy od nastroju. Nie da się słuchać muzyki całkiem obiektywnie, odcinając ją zupełnie od swoich własnych emocji. To tak, jak ze zjedzeniem ciastka. Można wstrzymać oddech i nie poczuć smaku momentalnie, ale prędzej czy później nie da się tego uniknąć. Ballady są niebezpieczne z punktu widzenia twórcy. Bardzo łatwo jest popaść w banał. Większość z nich jest o miłości a teksty dalekie są od wyszukanych metafor, lub chociażby jakiejkolwiek głębi.

Swojego mistrza ballad znalazłam całkiem przypadkiem, oglądając film “Adam”, w którym pojawił się kawałek “When You find me”. Mój romans z Joshua Radinem (chyba tak należy to odmienić) zaczął się niewinnie, jak większość moich muzycznych romansów. Początkowo pomyślałam, że to kolejny Jose Gonzales (którego szczerze uwielbiam, ale nie potrzebuję więcej Gonzalesów w swoim muzyznym świecie). Na szczęście postanowiłam posłuchać więcej. I cieszę się, że to zrobiłam.

Niesamowita delikatność i ciepło z jakim Radin śpiewa stopiły moje sceptyczne podejście. Można mu zarzucić, że jest trochę banalny a jego technika wokalna pozostawia wiele do życzenia. Można nawet powiedzieć, że się powtarza i jest zbyt grzeczny. Nie będę polemizować, trochę tak jest. Ale jest w jego muzyce coś autentycznego, co pozwala mi wierzyć, że wszystko co śpiewa przeszło przez niego. A to jest chyba jedna z największych wartości. Nie bombarduje nas ogromem swoich emocji, ale pozwala wyzwolić własne, dotykając muzyką jakiś odległych części świadomości. Zaskakujący jest też dobór instrumentów. Początkowo spodziewałam się tylko pianina i gitary. Faktycznie, one dominują, ale na przykład “here’s where we begin” jest piękną symfoniczną kompozycją.

Jest to jednak tylko moja prywatna opinia. W końcu nie każdy musi lubić łzawe i delikatne ballady. Może się skusicie?

Every song has a coda, a final movement. Whether it fades out or crashes away, every song ends. But, is that any reason not to enjoy the music?

Every song has …