Nie śpiewam o miłości, lubię ptactwo. Patrick the Pan.

Image

Nie mam na imię Patryk.
Jestem Piotrkiem. Patrick The Pan.
Piszę. Gram. Śpiewam. Zwlekam. Jestem pocieszny. Ale.
Smutne piosenki. Nie o miłości. O miłości.
O zwierzętach. O ludziach.
O was.
Cześć.

„Pewnie będzie się z nim ciężko rozmawiało, w końcu szybko robi karierę. Mogło mu się już mocno poprzestawiać w głowie” myślałam, przygotowując się do spotkania z Patrickiem the Pan. Chociaż lepiej byłoby powiedzieć z Piotrem, bo pomimo dość dużego rozgłosu, ciągle jest bardziej Piotrem niż Patrickiem. Wszedł uśmiechnięty, lekko zdenerwowany ale zupełnie świadomy tego po co i dlaczego się z nami spotkał. Po tej rozmowie uświadomiłam sobie, że jednak nie ma sprawiedliwości na świecie. Bo jak to jest możliwe, że jedna osoba ma w sobie tyle talentu, że mogłaby nim obdzielić połowę dzisiejszego polskiego światka muzycznego?

Całkowite wyprodukowanie płyty, od A do Z, włącznie z tekstami, muzyką, aranżacją i marketingiem, samodzielnie w domu, jest nie lada wyzwaniem. A zrobienie tego tak, żeby zachwycało, poruszało, dawało do myślenia i było po prostu dobre, to już niemal rzecz niewykonalna. Piotrowi się udało. Jego dziecko- „Something of an End”, z którego  jest dumny, chociaż kokieteryjnie mówi, że już tej płyty nie lubi, zbiera same pozytywne recenzje, nie tylko w Polsce.

Wychodzi na pole, codziennie na śniadanie je obwarzanki i jak każdy rodowity Krakus jest cencikiem. Skąd się wziął Patrick the Pan?

Wyjaśnijmy od razu wszystkie wątpliwości dotyczące artystycznego pseudonimu Piotra.  Dlaczego nie występuje po prostu jako Piotr Madej? To nie jest schizofrenia i rozdwojenie jaźni.

To było tak, że kiedy byłem w liceum dawno, dawno temu, na osiedlu na którym mieszkaliśmy pojawiła się jakaś Ukraińska dziewczyna, studentka i ona zbierając na studia, sprzedawała takie małe, drewniane długopisy. Nie wiem, czy były rzeźbione ręcznie, ale malowane były ręcznie. Po jednej stronie był długopis, a po drugiej taka głowa pajacyka, z wystającym nosem. No i mój tata albo ja, ktoś z nas ten długopis kupił i ja zostałem jego właścicielem, wziąłem go do liceum i tak jakoś tak się nim zauroczyliśmy. Nazwaliśmy go Patryk, nie pamiętam już dlaczego, ale stał się Patrykiem. Kiedy w liceum zacząłem się bawić w nagrania do szuflady, bardzo amatorsko, uznałem, że moją nazwą będzie Patrick the Pen, czyli Patryk Długopis. Natomiast teraz, kiedy po paru latach wydałem płytę i nagrałem ją w domu, to nie wiem, czy już w skutek zmęczenia czy niedopatrzenia, wszędzie gdzie się logowałem już jako Patrick, to popełniłem błąd i zamiast Pen jako długopis, napisałem Pan jako patelnia. I stałem się Patrykiem Patelnią. Długopis mam do tej pory i zawsze będę go brał na koncerty, bo przynosi szczęście.

Chociaż długopis Patryk odegrał dużą rolę w życiu Piotra, to nie dzięki niemu zaczął on w ogóle myśleć o tworzeniu muzyki. Jak na każdą porządną, romantyczną  historię przystało, wszystko zaczęło się od nieodwzajemnionej miłości i odrobiny techniki.

Ten pierwszy impuls, który tchnął mnie do tego, żeby na gitarze zamiast coś odtwarzać, to stworzyć, to rzeczywiście było złamane serce. Uznałem, że wtedy na walentynki nagram tej dziewczynie coś swojego. No i zrobiłem to. Nagrałem to takim mikrofonem jak do Skype’a, co się nakłada na głowę i ma taki mikrofonik na antence. Nałożyłem ten mikrofon na gitarę akustyczną, zagiąłem go do środka, do pudła rezonansowego i tak nagrałem swoją pierwszą piosenkę, wtedy jeszcze instrumentalną, bez wokalu. Mam to nagranie do dzisiaj gdzieś na komputerze. Gdyby tamten związek w liceum potoczył się dobrze, to pewnie dzisiaj nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Dobrze mieć w życiu złamane serce, to popycha dalej.

Niestety, powszechnie wiadomo, że jedna piosenka płyty nie czyni. „Something of an end” jest troszeczkę dziełem „szczęśliwego” zbiegu okoliczności. W Internecie krążą pewne informacje o „zamknięciu w salonie na dwa miesiące” i „izolacji od ludzi”, które podkręcają atmosferę tajemniczości i romantyczności wokół płyty. Jak było naprawdę?

Historia jest taka, że ja wtedy straciłem pracę. Nie przeze mnie podkreślam. Po prostu nasz sklep zbankrutował, nie wypaliło. . Ale to nie tak, że straciłem pracę i co by tu w życiu zrobić teraz? A! Może siądę i nagram płytę. To szło regularnie, ja sobie pracowałem i myślałem o płycie. Już pod koniec liceum, kiedy zauważyłem, że to nagrywanie jakoś tam działa, to uznałem, że na pewno kiedyś będę chciał wszystkie moje pomysły nagrać. Ostatecznie co chwilę to odkładałem na „za chwilę”. Za raz się za to wezmę, jutro to zrobię, w środę mam wolne to w środę to zrobię. W środę okazuje się, że nie dam rady i tak mi minęło cztery, pięć lat życia na powtarzaniu sobie i obiecywaniu, że za chwilę się za to wezmę. Dlatego kiedy straciłem tą pracę w październiku zeszłego roku, uznałem, że może to jest właśnie ten moment, może to jest to, dar od losu, żeby teraz to zrobić. Miałem jakieś tam oszczędności, które pozwoliły mi przetrwać te dwa miesiące zeszłego roku, więc rzeczywiście zamknąłem się trochę w domu. Ale to nie było takie artystyczne, romantyczne zamknięcie, odcięcie się od społeczeństwa, życie o chlebie i wodzie i tak dalej. Normalnie funkcjonowałem i pokazywałem się ze znajomymi, tylko że każdą wolną chwilę poświęcałem nie na poszukiwanie pracy, lub na jakąś dorywczą pracę, tylko siadałem w salonie, bo tam było moje małe studio i nagrywałem. Przelewałem to wszystko na formę cyfrową i spłodziłem.

Efekt końcowy okazał się zaskakująco dobry. Mimo to, Piotr przyznaje, że jak każdy rodzic, jest  już trochę zmęczony swoim dzieckiem. Nie lubi tej płyty, a najbardziej nie lubi piosenki, która ma największy potencjał, żeby stać się hitem. Piosenki, do której niedawno powstał nawet teledysk.

„Bubbles” pierwotnie, miała nie trafić na tą płytę, bo uważałem, że jest zbyt popowa i za prosta. Ja bardzo lubię bawić się strukturami utworu i nie cierpię takiego klasycznego rozwiązania: zwrotka, refren, zwrotka, refren, super solo i refren i koniec. Ta piosenka nie ma takiej struktury, ale jak powiedziałem, jest dla mnie trochę za prosta, taka banalna i może to mi trochę nakazywało nie dawać jej na płytę, ale ostatecznie uznałem: a dobra, niech sobie będzie. Kiedy płyta już wyszła, to znaczy, kiedy pojawiła się w Internecie, wiele osób gdzieś w komentarzach, czy prywatnie informowało mnie, że: „Wow, ‘Bubbles’”; „Super płyta, ale ‘Bubbles’ jest najładniejsze, najpiękniejsze i najlepsze itd.”. Ta piosenka była najczęściej odtwarzana na youtube, najczęściej udostępniana, ja nie miałem na to żadnego wpływu. To jest taki samozwańczy singiel, więc uznałem, że trzeba iść za ciosem i jeśli już mamy robić teledysk, to właśnie do „Bubbles”. Chociaż ja bym osobiście wybrał całkowicie inną piosenkę.

Jak powstał teledysk

Na wewnętrznej stronie okładki „Something of an end” znajdziemy enigmatyczny tekst: „Smutne piosenki. O miłości. Nie o miłości. O zwierzętach. O ludziach”. Dlaczego nie o miłości, skoro to jest taki nośny temat?

Może to jest zawsze na topie, ale moje zasady moralne zakazują mi sięgać po temat miłości, no bo ile można. Uważam, że jest tyle fajnych rzeczy, o których można zaśpiewać piosenkę, a temat miłości jak gdyby już każdy przerabiał. Ja też pewnie będę tutaj trochę hipokrytą i na pewno jeszcze napiszę jakąś piosenkę o miłości, albo dwie albo nawet trzy. Ale moim celem jest wybierać jakieś bardziej ambitne tematy. To też nie jest tak, że ja wyszukuję sobie takie, których na pewno jeszcze nikt  na świecie nie poruszał. Mam piosenki o eksperymentach na zwierzętach, mam piosenki o pornografii, o alkoholu. To nie są wyjątkowo nowatorskie tematy, ale są lepsze niż to, czy mam złamane serce, czy  nie.

W logo, na okładce płyty, na zdjęciach Piotra, jakie można znaleźć w Internecie pojawia się kruk, który stał się, jako ptak, trochę znakiem rozpoznawczym Patrick the Pan. Wszystko to dlatego, że Piotr jest fascynatem ptactwa. Uważa, że ptactwo, jako stworzenia latające, ma coś w sobie i czasem zdarza mu się po prostu stać i obserwować wróble. Jak jedna z nielicznych osób naprawdę lubi krakowskie gołębie .

Lubię ptactwo

Kariera Piotra nabiera tempa. Teledysk obejrzało już ponad 10 tysięcy ludzi. Mimo to, nawet wszechwiedzące odmęty Internetu nie wiele mówią o samym artyście. Celowo unika on mówienia o swojej prywatności?

Przede wszystkim, to mi nie zależy na jakiejś popularności, nie chcę żeby ludzie mnie na ulicy rozpoznawali, bo to nie o to chodzi. Bardziej chcę promować swoją muzykę, niż swoją osobę. Akurat w środku płyty można mnie zobaczyć, tylko takiego bardzo rozmytego. W teledysku  świadomie się nie pojawiłem, aczkolwiek się pojawiłem, tylko ludzie o tym nie wiedzą. Ja tam jestem, można mnie tam zobaczyć. Taka komercyjna kariera nie jest dla mnie bo musiałbym zmienić swoją muzykę, a to nie wchodzi w grę. Nie widzę się w tych show biznesowych środowiskach. A takie środowiska zapewne nie widzą też mnie u siebie, więc to się chyba naturalnie wyklucza.

Patrick the Pan publicznie woli być Patrickiem niż Piotrem. W swoim mikroświecie, który stworzył w czterech kątach salonu jest sobie sterem i okrętem. Ale na scenie, przed publicznością nie tylko musi pozwolić obcym ludziom wejść do jego świata, ale także być bardziej Piotrem.

Rzeczywiście, trochę się bałem wpuszczenia kogoś do swoich czterech muzycznych kątó , ale póki co oni są tylko odtwórcami a nie twórcami. Nie mówię, że nie dopuszczę zespołu do nagrywania, to wyjdzie z czasem. Póki co koncentrujemy się na odtwarzaniu tej muzyki na żywo. Oczywiście i tak to nie jest wierne odtworzenie. Dużo rzeczy zostało dodanych, dużo rzeczy zostało ujętych, więc razem coś kombinujemy. To nie jest tak, ze ja tam dyryguję wszystkim, to jest praca masowa. Nie jest źle., ale nie jest tak strasznie jak myślałem, że będzie i jestem zadowolony.

Jak brzmi Patrick the Pan na koncertach? W najbliższym czasie można się wybrać na Green Zoo Festiwal, który odbywa się między 6 a 9 czerwca w krakowskich klubach. Albo posłuchać Patricka unplugged.

O czym, jeśli nie o karierze, może marzyć dwudziestoczterolatek, który właściwie spełnił swoje marzenia wydając płytę?

Jak chyba każdy taki niezależny artysta w Polsce fantazjuję o tym, żeby wystąpić na OFF Festival, bo to jest chyba to szczytowe osiągnięcie. Jak już się było na OFFie to można umierać. Mam takie małe marzenie, ale nie wiem, czy ono się kiedykolwiek spełni. Strasznie chciałbym zaśpiewać kiedyś u Smolika na płycie. To jest coś o czym bardzo dużo myślę i lubię sobie wyobrażać, że kiedyś taka współpraca by nastąpiła. Pan Andrzej Smolik jest moim też takim polskim mentorem muzycznym. Ale póki co to są marzenia. Chciałbym, żeby szczęście mnie nie opuszczało, bo to jest najszczęśliwszy okres w moim życiu.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: