Męska wojna

Jamie+Cullummichael_buble_1186802

Dzielą ich cztery lata, tysiące kilometrów i kilka wydanych płyt. Obaj są uważani za “najlepszych”, “najzdolniejszych”, obsypywani nagrodami i uwielbieniem fanek. Obaj bawią się w covery, udowadniając, że z każdej piosenki da się zrobić coś intrygującego. Mają podobne ciepłe barwy głosu i nieodparty urok a do tego równie sprawnie radzą sobie w jazzie (a to nie łatwe). I od kilku lat toczą w mojej muzycznej bibliotece zażarty bój.

Nie mogę się doczekać, kiedy posłucham nowej płyty Michaela i zobaczę Jamiego na żywo (już nie długo!). Może wtedy będzie mi łatwiej zdecydować, którego z nich wielbię bardziej?:)

vs.

Tagged , , , ,

Bubbles

Image

Okazuje się, że z kilkoma instrumentami, komputerem i ogromnym talentem da się tworzyć muzykę. Przez duże M. Bo co się dzieje, gdy młody i piekielnie zdolny krakowianin zamknie się na dwa miesiące w domu i zacznie tworzyć? Prawdopodobnie powstanie coś dobrego. Pewnie dobra płyta.

Piotr Madej jeszcze nie wygląda jak gwiazda, nie mówi jak gwiazda i ma tylko 24 lata. Napisałam jeszcze, bo z całą pewnością niedługo się to zmieni. “Something of an End” Patricka the Pan (za którym stoi Piotr) jest delikatną, emocjonalną, przemyślaną, spójną i dojrzałą  płytą. Niekiedy niepokoi nasilającym się basem i męskim wokalem, innym razem leciutko dotyka dźwiękiem pianina i żeńskim chórkiem. Zaskakuje tekstami, muzycznymi rozwiązaniami i swoistą oryginalnością. Zostawia duży niedosyt tak, że aż chce się jej posłuchać jeszcze i jeszcze raz.

Płyta broni się sama, bez marketingowego szumu, bo o samym Patrick The Pan wiadomo nie wiele. Robi się jednak o nim coraz głośniej i oby tak zostało, bo z tego projektu (jak z nie wielu polskich) możemy być dumni. Bardzo.

http://patrickthepan.pl/

Tagged , , ,

Some of us have to grow up sometimes

Image

Słucham, słucham i nie do końca wierzę w to, co słyszę. Płyta wyszła dopiero wczoraj a już zdążyłam ją kilka razy zapętlić. Mam ogromny sentyment do Paramore i chociaż pierwsze trzy płyty nie są muzycznymi arcydziełami, to trudno odmówić im specyficznego uroku.

Mój sentyment bierze się z tego, że gdy w 2007 roku wyszła “RIOT!” akurat byłam u szczytu swojej garażowej kariery i bardzo chcieliśmy brzmieć chociaż trochę podobnie. Ale wracając do “Paramore” myślałam, że zapowiedzi “większej dojrzałości”, “odrobiny nostalgi” i “większej lekkości” są tylko chwytem marketingowym, mającym mnie zainteresować. Okazały się jednak prawdą (ku mojemu zdziwieniu).

Chociaż to Paramore, które słyszę nie ma wiele wspólnego z tym, które pamiętam z “epoki garażowej”, to muszę przyznać, że podoba mi się nowy sposób śpiewania, jaki Haley prezentuje. Okazuje się, że poza “darciem” potrafi też całkiem nieźle barwić dźwięki. Ujmuje mnie w towarzystwie banjo w “Moving on” (kojarzy mi się z latami 20, jakoś tak;)) i z elektronicznym synetzatorem, nawet w ballafdowym “Hate to see your heart break”. Zaskoczyło mnie prawie ośmiominutowe “Future”. Momentami myślałam, że tem utwór nigdy się nie rozkręci, ale kupuję ten post- rockowy charakter.

Nie podoba mi się tylko (!) “Ain’t it fun”, które na kilometr pachnie tanim popiszczem i poprostu się nie udało.

“Some of us have to grow up sometimes” śpiewa Haley w “Grow up”. To chyba najlepiej oddaje to, co się stało. Paramore, które  w 2007 wielbiła moja garażowa wersja, aktualna ja toleruje jedynie z sentymentu, ale nowa płyta pokazuje, że zdecydowanie dorośli. I bardzo fajnie, że tak się stało.

Tagged , ,

Nie wiem czy moją muzykę powinno się nazywać muzyką, czyli co myśli Gromme.

Image

Cześć.

O a co Ci się stało w gardło? Chora jesteś?

Nie, no troszkę. Tak mi się czasem zdarza, że tracę głos, ale jednak przyszłam. Znalazłam na Twojej stronie internetowej, że nie tylko jesteś muzykiem ale też malarzem i poetą.

Nie jestem malarzem! Bazgrolę.

Nie, to ja bazgrolę. Nie umiem nawet narysować człowieka.

No okej, strona jest nie aktualna, nie pomyślałem o tym, muszę to zrobić.

Ale dlaczego jest nieaktualna?

Bo tam są stare prace, nowe nie są dodane. Część prac jest schowanych, bo może będzie jakaś wystawa, a tych, które będą na wystawie nie chcę pokazać.

Mnie szczególnie intryguje jednak ta część blogowa, z Twoimi wierszami.

One też są dość stare. Tak jest, że piszę teksty jakieś i czasami sobie gdzieś coś tam napiszę. Nie nazwałbym tego też wierszami, to są jakieś tam głupoty, bazgroły. Powstawały i powstają dalej w różnych momentach.

Emocje i przeżycia dnia codziennego są Twoją inspiracją?

Bez emocji i bez przeżyć to trochę bez sensu  życie nie. Ja je lubię. Piszę w większości teksty, ale też coś takiego.

Poza trzema kierunkami studiów masz jakieś wykształcenie muzyczne?

Nie mam wykształcenia muzycznego, natomiast od dziecka słucham muzyki. Fakt faktem, od kiedy pamiętam zastanawiałem się nad tym  jak to jest, że radio gra, jak to jest, że ktoś tworzy coś, co gra. Muzykę poznawałem pod katem produkcji, kolekcjonuję muzykę, więc ona mnie tak jakby wychowała, bo wiele mnie nauczyła. Na przykład oszczędzania.

Oszczędzałeś na?

Na płyty. To jest z jednej strony fajne, a z drugiej strony trzeba być bardzo ostrożnym.

Udawało Ci się kupić te płyty, na które oszczędzałeś?

Tak! Tylko mama często potem nie była zadowolona widząc u mnie płyty a widząc, że schudłem. Bo oszczędzałem głównie na jedzeniu.

Czego słuchałeś jak byłeś młodszy?

Słuchałem płyt, których słuchali moi rodzice i rodzeństwo. Przeróżna muzyka. Słuchałem też radia, szczególnie Trójki. Nie lubię określeń, że lubię jakiś zespół lub nie, bo i w Polsce jest dużo artystów i na świecie też. Zwracam uwagę na słowa i na teksty. Cieszę się, że na przykład mężczyzna potrafi napisać piękną piosenkę o miłości, a jak jeszcze potrafi ją fajnie zaśpiewać to jest super. Interesuje mnie też muzyka elektroniczna, a tam często nie ma tekstu, więc same dźwięki mnie też fascynują. Od dziecka się otaczałem różną muzyką.

Klasyką też?

To jest właśnie jeden z moich kolekcjonerskich asów, bo bardzo lubię jej słuchać, kiedy na przykład maluję. Ale nie tylko. W domu jest mi to potrzebne, już się do tego tak bardzo przyzwyczaiłem, ze u mnie muzyka klasyczna musi być.

Masz jakiegoś ulubionego kompozytora?

Nie mam, jest tego też tak dużo, że ciężko się ograniczać. Ale coraz częściej docierają do mnie takie nagrania z końca świata, ludzi, o których mało kto słyszał. Często mnie to wzrusza, myślę sobie: „rany, ale ktoś miał pomysł, ale to słyszał, zagrał. I mnie to strasznie rozczula, bo może nie wiele osób będzie o tym w ogóle wiedziało. Bo ludzie nie zwracają uwagi na muzykę specjalnie teraz.

Nie rodzi Ci się w głowie pomysł, żeby połączyć klasykę z tą muzyką, którą Ty tworzysz?

Nie jestem na tyle jeszcze odważny, ze względu na moje umiejętności. Chyba nie powinienem mieszać pewnych rzeczy. Ja też uważam, że muzykę klasyczną powinno się nazywać muzyką a całą resztę nie wiem czy powinno się tak nazywać.

To jest odważna teza.

Jest odważna, ale naprawdę, mimo tego, ze się tym zajmuję nie wiem, czy moją muzykę powinno się nazywać muzyką.

Jak reagujesz na negatywne komentarze odnoszące się do Twojej muzyki na przykład zarzucające Ci banalność, kopiowanie Davida Guetty, dyskotekowość na 101%, brak oryginalności?

Ni jak. Każdy ma prawo do swojego zdania, ale chętnie bym porozmawiał z ludźmi, którzy mają na ten temat do powiedzenia coś więcej, a nie tylko anonimową krytykę w Internecie. Ale ja to przyjmuje i tak jak mi się może czarny kolor nie podobać tak ktoś inny może go lubić. W ogóle mnie to nie dotyka, ale nie mogę być obojętny, bo jednak robię to dla ludzi i chciałbym, żeby im się to podobało. Prawda jest taka, że ja ciągle się jeszcze uczę i wiele rzeczy mi się udaje, a wiele nie. Ale wszystkich nie da się zadowolić.

 

Jak wycisnąć łzy z Roberta Planta?

Image

Jak doprowadzić Roberta Planta, wokalistę Led Zeppelin do łez? Okazuje się, że nie wystarczy wyrwać go z jego naturalnego środowiska, ubrać w smoking i muszkę, obwiesić cały  Led Zeppelin medalami na kolorowych wstęgach, usadzić ich w loży honorowej i kazać odbierać hołdy. Organizatorom Kennedy Awards jednak się udało.

Proces wzruszania, przewrotnie należy zacząć od dobrego żartu. Jack Black, wybrany do początkowego rozśmieszania nie zawiódł i wywołał swoimi żartami kilka salw śmiechu, twierdząc między innymi, że bohaterowi gali są lepsi nawet od Tennasious D. Po zdrowej dawce śmiechu nadeszła pora na powrót do przeszłości i wspominanie początków i kariery, za pomocą pięknie i efektownie zmontowanego filmu, który został przyjęty owacjami na stojąco.

Wywołanie muzycznych wzruszeń było chyba najtrudniejszym punktem wieczoru. Coverowanie hitów przed ich autorami wymaga najlepszych z najlepszych, ale także na tym polu organizatorzy nie zawiedli.  Foo Fighters zaciekawili nie tylko zamianą miejsc wokalisty i perkusisty. „Rock and Roll” w ich wykonaniu sprawiło, że wszystkie poważne głowy zgodnie kiwały się w takt muzyki. Kid Rock i jego wersja „Ramble On” wywołała zaciekawienie  na twarzach Planta, Page’a i Jonesa i doczekała się głośnych oklasków. Później na scenę wyszedł powitany okrzykami publiczności i szerokim uśmiechem Zeppelinów Lenny Kravitz. Podczas jego występu obecny na Sali wraz z małżonką Barack Obama nie tylko śpiewał ale także wygrywał na ramieniu swojej żony gitarową solówkę. Po tak potężnej dawce dźwięku garda Roberta Planta była już opuszczona i wtedy nadszedł decydujący cios. W półmroku rozbrzmiały pierwsze dźwięki „Stairway to Heaven” a na scenie pojawiła się wokalistka Heart W z gitarzystką. Na widowni zapanowała absolutna cisza a wokalistka tylko swoim głosem budowała napięcie, którego punkt kulminacyjny osiągnięto gdy dołączyła do niej orkiestra symfoniczna i potężny chór. Utwór urwał się równie niespodziewanie jak się zaczął i w momencie w którym syn perkusisty zespołu- Jason Bonham złapał talerze z oczu Planta popłynęły łzy. Wzruszenie panowało w całej sali a ostatnie dźwięki utworu, wyśpiewane a capella dopełniły dzieła i stały się pięknym zakończeniem najlepszego coveru tego wieczoru.

Led Zeppelin sprzedali swoje dusze diabłu, ale poezja ich muzyki zabiera każdego do raju. Sami posłuchajcie:)

Tagged , , , , ,

Honey, Margaret, Lisowska i kto jeszcze?


Image

“Bo ja cię kocham, a Ty mnie nie”; “Nie podawaj się!”; “Miłość przychodzi”; “La la la”; bla bla bla. Strasznie dużo mamy tego typu muzycznych słabości w naszym polskim eterze. Chwali się, że promujemy to co nasze, młode i względnie ładne. Tylko czy szafiarka, aspirująca aktorka, celebrytka, modelka i Bóg wie kto jeszcze, może być INTERYGUJĄCĄ wokalistką i artystką? Jak dla mnie może być co najwyżej piosenkarką a to jest ograomna różnica.

Mamy w Polsce coś wartego uwagi i nieporażającego infantylnością i chamskim popem? Okazuje się, że mamy! I warto się temu zjawisku dokłądniej przyjrzeć. Płyta nazywa “First Flight” i jestpierworodną córką 18- letniej Soni Kopeć i producenta Emila Blanta. Jej świeża pełnoletność jest tu kluczowa, gdyż przez teksty przebija niesamowita dojrzałość i świadomość padających słów. Słuchając ma się wrażenie, że nie Sonia nie tylko wie co śpiewa, ale podbudowuje to własnymi emocjami.

Delikatny wokal i piękne aranżacje (dużo pianina, ale pojawia się także saksofon a nawet elektroniczne dźwięki) z łatwością podbijają serca. Znajdą się tacy, którym będzie się ona kojarzyła ze stylem Reginy Spector, innym z Tori Amos a nawet Eva Cassidy. Skądkolwiek by nie czerpała wyszło z tego coś na tyle intrygującego, że zostanie w mojej playliście. (Nawet cover The Connells “’74 – ’75” brzmi bardzo dobrze. O dziwo!) Pierwszy lot Holly Blue jest sukcesem, oby drugi nastąpił szybko i był conajmniej porównywalnej jakości:)

Tagged , , , ,

Absolutely in love…

Image

Spotkanie jakich wiele. Zwykły, mało słoneczny kwietniowy dzień, który zapowiadał się równie nieciekawie jak wszystkie inne tej wiosny, przepełniony świątecznymi ciastkami i chwilą spokoju, na zebranie myśli. Pomyślałam: “Włączę, chyba jest odpowiedni moment, żeby na spokojnie porozmawiać”. Włączyłam… Od tego momentu nic już nie było takie samo.

Długo dojrzewałam do tej decyzji, bo podświadomie czułam, że może to oddziaływać na całą moją przyszłość. Biorąc pod uwagę burzliwość tego związku, silne emocje i długie miesiące, ba! lata oczekiwania na jego ruch, bardzo chciałam i bardzo nie chciałam do niego wracać. Ale tego dnia nie mogłam się już dłużej powstrzymywać. 

Od pierwszych symfonicznych dźwięków, wiedziałam, że na to spotkanie założy “Suit & Tie” i będzie tak muzcznie elegancki i dokładny jak tylko on potrafi. Początkowo powstrzymywałam wzbierającą falę uczuć i przypływ miłości, ale zanucił “Don’t Hold the Wall” i zaproponował, żebyśmy podzielili się “Strawberry Bubblegum” i już wiedziałam, że mogę z nim polecieć na koniec świata, a nawet dalej, w jego “Spaceship Coupe”. Po tym doświadczeniu nie musiał mnie już długo przekonywać, że jestem “That Girl”. Opuściłam swoją gardę i “Let the Groove Get In”… Czułam dokładnie, że I’m looking at the other half of me  i “Mirrors” było już czystym doświadczaniem. Całkowicie wykończona wszystkimi emocjami tej burzliwej rozmowy wyciszyłam się przy “Blue Ocean Floor” i już nie miałam wątpilwości, że jestem bezpowrotnie stracona.

Justin! Byłam starsznie zła, że po “Love Stoned” kazałeś na siebie czekać aż sześć lat! Sześć lat zwaieszenia, bez żadnego muzycznego znaku z Twojej strony! Ale warto było… Dla każdego wypieszczonego dźwięku “The 20/20 Experience”, dla każdego momentu, w którym byłam pewna, że piosenka już się kończy a ona w magiczny sposób toczyła się dalej. Dlatego, że ani przez moment nie czułam się znudzona, a po wybrzmieniu ostatniego dźwięku czułam się emocjonalnie wypruta. I dla Twoich niesamowitych falsetów- warto było czekać. Chyba do siebie wrócimy, Justin. 

Tagged , , , ,

Guilty as hell!

images images (1) images (2) tumblr_lnu6mxT3ed1qdgghmo1_500

Dwa ostatnie odcinki Glee wywołały rewolucję w moim muzyczno- odsłuchowym życiu. Ciężko mi się teraz do tego przyznać, ale każdy kiedyś był młody. Nawet bardzo młody;) A wtedy słucha się boysbandów i chce być jak dziewczyna z girlsbandu. Nie jest to aż tak wstydliwe, jak to, że z pewnych nawyków się nie wyrasta. Chociaż chciałoby się o nich zapomnieć, to wysakują w najmniej odpowiednich momentach. To jak z jedzeniem zbyt dużej ilości słodyczy. Za każdym razem mówisz sobie, że już więcej tego nie zrobisz, a później przychodzi chwila słabości.

Tak właśnie jest w moim przypadku z NSYNC i Spice Girls. Nie oszukujmy się, każdy ich zna, każdy coś słyszał. Ogromną fanatyczką nie jestem, ale kiedy jest mi smutno, włączam  sobie NSYNC i jest mi bardziej smutno;) Takie to ckliwe i rzewne.

Z drugiej jednak strony, kto wie gdzie byłby dzisiaj genialny Justin T. gdyby nie NSYNC? Może w One Direction czy innym US5 (oni jeszcze istnieją?) też czają się jakieś ukryte talenty?

Moja znajomość ze Spice Girls to długa historia. Jako mała dziewczynka chciałam być Emmą, bo była taka śliczna i różowa. Stałam przed lustrem i udawałam, że też mogę tak tańczyć i występować. Jak każda mała dziewczynka w połowie lat 90 miałam karteczki ze SG, naklejki na lodówki i zjadałam dziesiątki lizaków, w których były magnesy. Miałam nawet T-shirt! Do Wannabe do dzisiaj cudownie się bawie na imprezach. Co z tego, że żadna z nich tak na prawdę nie umiała śpiewać a ich kariery solowe upadły szybciej niż się zaczęły?

Jest jeszcze zespół, który był absolutną miłością mojego młodzieńczego życia i dzięki któremu nauczyłam się grać na klawiszach i gitarze, przy okazji poznając angielski (chciałam zostać żoną Paddy’ego). 99% społeczeństwa uważa ich za największy obciach ever, ale to nie zmienia faktu, że w 1997 roku katowicki Spodek był pełny na ich koncercie. Jasne, muzycznie poziom jest zerowy, ale stała za nimi jakaś historia i chociaż teksty są na poziomie kilkulatka z zapałem poetyckim, to do dzisiaj mnie wzruszają i z przyjemnością do nich wracam. Tak, lubię słuchać Kelly Family.

Na szczęście w moim muzycznym dzieciństwie jest jedno odkrycie, z którego jestem bardzo dumna. Nie pamiętam jakim cudem na nich wpadłam, ale Singles going steady była jedną z moich pierwszych płyt i dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w moim sercu i na mojej półce;) Znacie The Buzzcocks?

Tagged , ,

Co za dużo, co za szybko…

ImageImage

Zastanawiam się właśnie, jakie kryteria powinno się przyjmować przy wyborze koncertów? W sytuacji, w której wybór rzeczy, których się nigdy nie widziało jest ogromny i bardzo chciałoby się zobaczyć absolutnie wszystko- jak wybrać. Myślę nad tym od soboty i nie wiem jak zdecydować.

Jasne, mogłabym posłuchać wszystkiego przed i wtedy wybrać, ale sama sobie zepsuję wtedy zabawę pozbawiając się elementu niespodziewanki. Jak żyć Panie Premierze, jak żyć?

Moje dylematy wiążą się z festiwalem Le Printemps de Bourges, w którym będę miała okazję uczestniczyć już w kwietniu. Może do tego czasu wymyślę jak opanować bilokację?

http://www.printemps-bourges.com/

Czasu zostało nie wiele, a czas tak mega szybko gna. Jeszcze kilka lat temu My Chemical Romance był jednym z moich ulubionych zespołów, a teraz mają się rozpaść i zniknąć. Nie będę się bawiła w jakiekolwiek ocenianie ich muzyki, bo wiąże się z nią zbyt wiele wspomnień z mojego gimnazjalnego jeszcze okresu życia. Anyway, fajnie, że byli.

Wiele szumu o?

Image

Do wielkich powrotów po latach zawsze podchodzę z dużym dystansem, dlatego nie oczekiwałam najnowszej płyty Bowiego jakoś szczególnie. Prawdę mówiąc nie jestem też jego wielką fanką. W stosunku do “The Next Day” nie miałam żadnych oczekiwań, nie mogę więc mówić o rozczarowaniu (w żadnym tego słowa znaczeniu). 

Nie zachwycił mnie ten album i musiałam użyć dużo silnej woli, aby przesłuchać go w całości. Zapewne dla wielu fanów będzie on miał jakąś szczególną aurę, niepowtarzalny klimat. W moim odczuciu jest zwyczajnie nudny i wokalnie pozbawiony energii. Nie można jej jednak odmówić warstwie instrumentalnej, gdyż w niektórych momentach warto podkręcić głośniki, ale nie dla wspaniałego głosu Bowiego. 

Intrygowały mnie tytuły “How does the grass grow”, “Dirty Boys”, “I’d rather be high” czy “Set the world on fire”, ale na fajnym tytule się kończy. W moich uszach Bowie brzmi jak zmęczony życiem człowiek, który lata świetności ma już dawno za sobą, ale nie potrafi się z tym pogodzić i walczy o ostatnie drgnienia kariery. Ciężko mi się tego słucha, bo wzbudza we mnie jakiś dziwny rodzaj współczucia dla człowieka, który z nieznanych mi powodów musi robić coś, czego chyba wcale nie chce. 

Chciałabym napisać coś pozytywnego, bo tak może wypada, ale nie potrafię. Może czasem lepiej jest dla niektórych artystów zniknąć w odpowiednim momencie i zostawić swoim fanom niedosyt zamiast na siłę karmić ich przeżutą papką?