Links

Co nam w radiu gra

Co nam w radiu gra

Czasem zdarza się mi, we współpracy z Dawidem, trochę porozmawiać. O muzyce, o kozach, o wszytskim i głównie o niczym. Tak to brzmi;)

Advertisements

C’est un coup de foudre!

Image

Z miłością od pierwszego wejrzenia/ słyszenia różnie bywa. Albo trwa, albo umiera tak nagle, jak się pojawiła. Zawsze jednak jest zniewalająca, brtualna w swojej intensywności i całkowicie odbiera władze rozumowi, przekazując ją sercu. Człowiek (stereotypowo) nie je, nie śpi a w jego brzuchu goszczą nieproszone owady.

Po francusku brzmi uroczo (jak wszystko po francusku)- coup de foudre. Właśnie takie coś przytrafiło mi się wczoraj, zupełnie przypadkiem. Absolutnie nie chodzi o to, że Matt Corby jest strasznie przystojny, nie chodzi nawet o to, że jest kolejnym “za zdolnym gówniarzem”. Nie chodzi o to, że jest tylko rok starszy ode mnie, a ma do powiedzenia tak wiele, podczas kiedy ja zajadam się kolejną Milką.

To jest miłość muzyczna. To jest zakochanie w barwie głosu, w aranżacjach utworów, w tekstach. O drżenie nóg przyprawia mnie pianino w “Made of Stone”. Ktoś powie, zgrany motyw, wszyscy to robią. Zgadzam się, ale nie wszędzie takie pianino nie brzmi tandetnie i banalnie, a tutaj tak jest. Motylki w brzuchu fruwają, kiedy słyszę “Big eyes”, a paliptacja serca pojawia się przy utworze “Brother”.

Matt pokazuje, że można być “wychowankiem” Idola i robić coś, co potrafi poruszyć tysiące ludzi, będąc przy okazji do bólu uroczym profesjonalistą.

Tagged ,

Nieznajomy

ImageImage

Utarło się już kilka schematów tego jak zrobić/ nie zrobić karierę/y po wygraniu/ uczestniczeniu w talent show. Są Alicje Janosz, które nagrywają piosenkę o jajecznicy i chociaż po wielu latach wracają z ambitniejszymi propozycjami, to cały czas ciągnie się za nimi zapach smażonych jajek. Są Szymony Wydry, którzy zakładają zespół, kilka lat nagrywają lepsze i gorsze piosenki, istnieją w ogólnie pojętym show bizzie i bez spektakularnych sukcesów znikają. Są też Moniki Brodki, które początkowo wstępują na najgorszą z możliwych drogę, aby w porę zorientować się, że trzeba zjechać z autostrady i podążać bardziej dziurawą krajówką, aby dotrzeć do upragnionego celu. Są wreszcie Eneje, które spektakularnie i z przytupem wdzierają się na scenę i do polaczkowych serc, żeby trochę potupać (najlepiej w tym samym rytmie) i odejść w zapomnienie.

Za każdym razem, kiedy jakaś edycja talent show dobiega końca zastanawiam się, co się stanie z “artystą”, który wygrywa. Dla niektóych jest za wcześnie na jakąkolwiek karierę, inni nie mają nic do powiedzenia, poza powtarzaniem tego, co ktoś dla nich napisze, jeszcze inni, chcąc szybko zaistnieć, gubią się na krętych ścieżkach “kariery”. Kiedy ten gówniarz, bo tak można powiedzieć o człowieku, który dopiero co zdał maturę, wygrał X-Faktora pomyślałam, że to najgorsze co mogło mu się przytrafić. Dlaczego? Widziałam tą bandę pseudo- menagerów, mówiących mu co ma śpiewać, jak brzmieć, jak wyglądać, co jeść itd. Bałam się, że jego nieprzeciętna wrażliwość, ogromna świadomość muzyczna i, paradoksalnie, dojrzałość zostaną zjedzone przez szołbiz. Byłam prawie pewna, że wybierze któryś ze schematów i zaproponuje nam jakieś tanie i chwytliwe melodyjki, zasypie internety informacjami o swoim życiu i będą do niego wzdychać tylko czternastolatki.

On jednak odczekał, nie pchał się od razu na scenę wykonując popiszczowe byle co. Podejrzewam, że łatwo nie było, bo efekt finalny jest zaskakująco dobry i nieprzyzwoicie niepasujący do tego, co dzisiaj masowa publiczność uważa za atrakcyjne. “Comfort i Happiness” Dawida Podsiadło na pewno stanie się jedną z moich ulubionych płyt najbliższych kilku miesięcy. Nie tylko ze względu na “nieczysty” i “leniwy” wokal, który uwielbiam, nie tylko ze wzlędu na to, że nie takiej płyty się spodziewałam, ale głównie dlatego, że jest tam po prostu czego posłuchać. Ciekawe aranżacje, “nowatorska” budowa utworów, pozostawiająca niedosyt i przede wszystkim nieoczywiste teksty, które każdy może interpretować na swój własny sposób.

Mam wrażenie, że jestem nieznajomym, zaproszonym do świata Dawida Podsiadło, który jest momentami dziwny, innym razem przerażający a za chwilę niepokojąco depresyjny. Mimo to, nie chcę z tego swiata wychodzić. Może to tylko efekt zaskoczenia? Jeszcze nie wiem, ale ciesze się, że wygrał ten program i będzie mógł muzycznie wyciągać czternastolatki z otchłani beznadziejnych popowych pioseneczek, w której siedzą;)

Tagged

Gdy aktor zaczyna śpiewać…

Image

W znaczącej większości przypadków śpiewający aktor nie oznacza niczego dobrego. Wiadomo, aktor powinien przede wszystkim grać, a muzykę zostawić ludziom o wrażliwości odpowiedniej do wykonywania tej sztuki. Ludzki brak samokrytyki zbyt często powoduje, że “wielofunkcyjnych” aktorów i aktorek na scenie muzycznej pojawia się więcej i więcej. Czy aktor powinien bawić się w muzykę? Jeśli nazywa się Hugh Laurie to zdecydownie tak! Z dużą dozą ostrożności podeszłam do “Didn’t it rain”, zwłaszcza, że nie słyszłam debiutanckiej płyty. Bałam się, że jedynym zdaniem, z jakim będę w stanie się zgodzić po przesłuchaniu tej płyty będzie: “Send me to the ‘Lectric chair”. Na szczęście bardziej nie mogłam się mylić.

Laurie udowadnia, że ma do zaoferowania nieskończenie więcej niż postać Doktora House’a. Fani dobrych blusowych brzmień, którym brakowało odświeżenia pewnych numerów, znajdą na tej płycie utwory W.C. Handy, Morton’a i Little Brother Montgomery. Wszystko podane w niesamowicie smacznej oprawie muzycznej, ze znakomicie “staro” brzmiącym pianinem i towarzyszącym mu saksofonem, w klasycznych aranżacjach. Śmiało można zamknąć oczy i przenieść się do lat pięćdziesiątych, do pachnącej cygarami knajpy, w samym środku Nowego Orleanu.

Nie tylko instrumentalna warstwa brzmi genialnie. Najbardziej zaskakujący jest sam Laurie. Z charakterystyczną, dość sporą dawką poczucia humoru, słyszalną na przykład we wspomnianym juz “Send me to the ‘Lectric chair” czy “The Weed Smoker’s Dream”, delikatnie zmienia barwę głosu w zależności od nastroju piosenki, sprawiając wrażenie, że wokalistów jest co najmniej kilku. Wokalnie świetne są też wokalistki wspomagające aktora- Gaby Moreno i Jean McClain.

Warsztat aktora w tym przypadku absolutnie nie przeszkadza, nie wprowadza zamieszania i przerostu formy nad treścią. Za to wprowadza poczucie, że Laurie ma ogromną świadomość tego o czym śpiewa i do kogo to robi. A przez to odbiorca może się poczuć jak na prywatnym, kameralnym koncercie, gdzieś w zadymionym Nowym Orleanie…

Tagged , ,

Covers covers, what is wrong with you?

Image

Generalnie mam problem z coverami. Nie umiem do nich podchodzić “na świeżo”. Zawsze z tyłu głowy włącza mi się wersja oryginalna i wtedy prawie każdy cover brzmi niestety jak nieudana imitacja. Ale istnieje kilka wykonań, które powalają, z wielu różnych powodów.

Cover może z beznadziejnej piosenki zrobić małe arcydzieło, a już z pewnością coś, czego miło się słucha:

Może też udowodnić, że wykonawca dysponuje o wiele lepszym warsztatem muzycznym, niż mogłoby się wydawać:

Albo obalić teorię, że pewnych utworów nie powinno się coverować (którą mocno potwierdzają uczestnicy jednego z komercyjnych talentshow)

Może też poprostu powalać i wzruszać prostotą i pięknem wykonania

Są też covery, które wrzucają w “czerstwe” (lubię to słowo) piosenki nowe życie

Albo nadają utworowi zupełnie nowe znaczenie, zabierając słowa

I takie, które zwyczajnie są ładne

Mimo to, zawsze lepsze jest świeże danie niż takie odgrzewane, nawet jeśli jest profesjonalnie przyprawione.

Tagged , ,

Oh Bourges…

Image

Jak się wraca do rzeczywistości po tygodniu skrajnych muzycznych doświadczeń? Nie mam pojęcia, ciągle w kółko przeżywam festiwal w Bourges. Widziałam miliard świetnych koncertów: Woodkid, Public Enemy, Okay Monday, Sing Sing My Darling, Jamie Cullum i wielu wielu innych. Atmosfera była magiczna, tłumy ludzi, cudowna pogoda, całonocne granie na offach w klubach. Zupałnie inny świat.

Jeden koncert rozłożył mnie na łopatki niemal całkowicie. WIedziałam, że muzycznie będzie dobrze a nawet bardzo dobrze, ale koncert MIKI to było perfekcyjnie wyreżyserowane show, od pierwszej do ostatniej nuty. Chociaż wszystko było idealnie zaplanowane, to sam MIKA zachowywał się tak naturalnie, że nie dało się dostrzec scenariusza. Wokół mnie padały stwierdzenia, że jest kolejnym Freddiem M. Aż tak daleko bym się nie posunęła, bo poza jego (bez wątpienia) świetnym głosem całości dopełniał perfekcyjny band i wokaliści w chórkach, którzy byli na równie wysokim poziomie kunsztu wokalnego co sam MIKA. Wokalista pojawiał się i znikał, dyrygował bandem, światłami i publiką jak tylko chciał, wskakiwał na fortepian, posypywał muzyków złotym konfetti i dyskutował z publicznością.  Równie dobrze sprawdzał się w energetycznych kawałkach jak i balladach, które doprowadzały dziewczyny do  łez. Dwie godziny pobytu w świecie show na światowym poziomie.

Osobiście zabrakło mi tylko “Happy Ending”, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Tagged , , , ,

By accident

Image

Najlepsze rzeczy w  życiu trafiają się wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. Tak samo znajduje się dobrą muzykę. Trafiłam na ten występ zupełnie przypadkiem, śledząc poczyniania Justina T. na tegorocznej gali Brit Awards.

Dawno już nikt nie sprawił, że moje emocje przy utworze drgały jak struny gitary, na której artysta akurat gra. Absolutnie  mnie ten występ zachwycił. Wiem, że sprawa jest już delikatnie mówiąc nie aktualna, ale uważam, że zdecydowanie należała mu się nagroda za najlepszy debiut.

Panie i Panowie, Ben Howard!

http://youtu.be/n-OHmHzDymw

Tagged , , ,

Męska wojna

Jamie+Cullummichael_buble_1186802

Dzielą ich cztery lata, tysiące kilometrów i kilka wydanych płyt. Obaj są uważani za “najlepszych”, “najzdolniejszych”, obsypywani nagrodami i uwielbieniem fanek. Obaj bawią się w covery, udowadniając, że z każdej piosenki da się zrobić coś intrygującego. Mają podobne ciepłe barwy głosu i nieodparty urok a do tego równie sprawnie radzą sobie w jazzie (a to nie łatwe). I od kilku lat toczą w mojej muzycznej bibliotece zażarty bój.

Nie mogę się doczekać, kiedy posłucham nowej płyty Michaela i zobaczę Jamiego na żywo (już nie długo!). Może wtedy będzie mi łatwiej zdecydować, którego z nich wielbię bardziej?:)

vs.

Tagged , , , ,

Bubbles

Image

Okazuje się, że z kilkoma instrumentami, komputerem i ogromnym talentem da się tworzyć muzykę. Przez duże M. Bo co się dzieje, gdy młody i piekielnie zdolny krakowianin zamknie się na dwa miesiące w domu i zacznie tworzyć? Prawdopodobnie powstanie coś dobrego. Pewnie dobra płyta.

Piotr Madej jeszcze nie wygląda jak gwiazda, nie mówi jak gwiazda i ma tylko 24 lata. Napisałam jeszcze, bo z całą pewnością niedługo się to zmieni. “Something of an End” Patricka the Pan (za którym stoi Piotr) jest delikatną, emocjonalną, przemyślaną, spójną i dojrzałą  płytą. Niekiedy niepokoi nasilającym się basem i męskim wokalem, innym razem leciutko dotyka dźwiękiem pianina i żeńskim chórkiem. Zaskakuje tekstami, muzycznymi rozwiązaniami i swoistą oryginalnością. Zostawia duży niedosyt tak, że aż chce się jej posłuchać jeszcze i jeszcze raz.

Płyta broni się sama, bez marketingowego szumu, bo o samym Patrick The Pan wiadomo nie wiele. Robi się jednak o nim coraz głośniej i oby tak zostało, bo z tego projektu (jak z nie wielu polskich) możemy być dumni. Bardzo.

http://patrickthepan.pl/

Tagged , , ,

Some of us have to grow up sometimes

Image

Słucham, słucham i nie do końca wierzę w to, co słyszę. Płyta wyszła dopiero wczoraj a już zdążyłam ją kilka razy zapętlić. Mam ogromny sentyment do Paramore i chociaż pierwsze trzy płyty nie są muzycznymi arcydziełami, to trudno odmówić im specyficznego uroku.

Mój sentyment bierze się z tego, że gdy w 2007 roku wyszła “RIOT!” akurat byłam u szczytu swojej garażowej kariery i bardzo chcieliśmy brzmieć chociaż trochę podobnie. Ale wracając do “Paramore” myślałam, że zapowiedzi “większej dojrzałości”, “odrobiny nostalgi” i “większej lekkości” są tylko chwytem marketingowym, mającym mnie zainteresować. Okazały się jednak prawdą (ku mojemu zdziwieniu).

Chociaż to Paramore, które słyszę nie ma wiele wspólnego z tym, które pamiętam z “epoki garażowej”, to muszę przyznać, że podoba mi się nowy sposób śpiewania, jaki Haley prezentuje. Okazuje się, że poza “darciem” potrafi też całkiem nieźle barwić dźwięki. Ujmuje mnie w towarzystwie banjo w “Moving on” (kojarzy mi się z latami 20, jakoś tak;)) i z elektronicznym synetzatorem, nawet w ballafdowym “Hate to see your heart break”. Zaskoczyło mnie prawie ośmiominutowe “Future”. Momentami myślałam, że tem utwór nigdy się nie rozkręci, ale kupuję ten post- rockowy charakter.

Nie podoba mi się tylko (!) “Ain’t it fun”, które na kilometr pachnie tanim popiszczem i poprostu się nie udało.

“Some of us have to grow up sometimes” śpiewa Haley w “Grow up”. To chyba najlepiej oddaje to, co się stało. Paramore, które  w 2007 wielbiła moja garażowa wersja, aktualna ja toleruje jedynie z sentymentu, ale nowa płyta pokazuje, że zdecydowanie dorośli. I bardzo fajnie, że tak się stało.

Tagged , ,